Wenecki Plac św. Marka to jedno z najpiękniejszych miejsc jakie dane mi było zobaczyć. Niestety, nieprzebrane tłumy turystów, palące słońce i wszechobecne gołębie czynią to miejsce szczególnie nieatrakcyjnym. Rankiem jednak, tuż przed i po wschodzie słońca, plac św. Marka ukazuje swój blask i to wtedy właśnie jest moment, by tam być i fotografować.

Pod koniec września słońce wschodzi na szczęście nieco później. Była 6.56 kiedy pojawiłem się tam samotnie wraz ze swoim Fujifilm X-T1. Założyłem ulubiony, szeroki 23mm (35FF), najbardziej uniwersalną ogniskową. Czułość ustawiłem na 1600 by mieć mały „zapas” i na pewno nie poruszyć. Matryce Fuji gwarantują wystarczającą jakość przy tak wysokim poziomie ISO, a statyw nie wchodził absolutnie w grę. Z założenia go nie używam podczas fotograficznych podróży. Ma być lekko i swobodnie, wszelkie ograniczenia przeszkadzają i odbierają przyjemność fotografowania. W końcu po to inżynierowie w Japonii męczyli się, bym teraz ja nie musiał dźwigać ciężarów. Poza tym,  tak całkiem poważnie, Wenecja to miasto stare, pokryte patyną odpadających tynków i rdzewiejących rynien. Odrobina szumu, delikatna niedoskonałość jest jak najbardziej pożądana. Obraz krystalicznie czysty kłóciłby się z charakterem tego wyjątkowego miasta.

Teraz clue, czyli ekspozycja. Ustawiłem już ISO, pozostaje mi jeszcze wybrać migawkę i przysłonę. Osobiście najczęściej stosuję tryb półautomatyczny – preselekcję przysłony, bowiem to zdecydowanie ona ma dla mnie kluczowe znaczenie. Niestety to nie wszystko …

Światłomierz, który skalibrowany jest według „zasady szarej karty”, zakłada, że nasz fotografowany obiekt odbija 18 % światła. W moim wypadku, w przeważającej większości, interesuje mnie światło, pora dnia, obiekty czy kontrast … które absolutnie nie pokrywają się z przyjęta niegdyś regułą. Muszę więc ekspozycję kompensować. Tu przychodzi mi z pomocą mój X-T1, wyposażony w wygodne pokrętło korygujące automatyczny pomiar światła. Zasada jest prosta: jeśli fotografujemy ciemniejszy obiekt niedoświetlany, jeśli jaśniejszy od wspomnianej szarej karty np. śnieg, to prześwietlamy! To absolutny elementarz, którego uczą na pierwszym roku w każdej fotograficznej uczelni.

Szukając bliskiego nam nastroju, możemy łamać tą zasadę lub pogłębiać korektę ekspozycji. Odpowiednio dobierając przysłonę i czas, możemy wykreować naprawdę niezwykły obraz, którego nie powstydziłby się nawet photoshop. Ekspozycja to klucz!

Wybieram przysłonę 4.0, by wykorzystać jakość obiektywu, zachowując przy tym niewielką nieostrość pierwszego planu. Całość nie doświetlam o 2 EV ! Dzięki temu mój plac jest mroczny, co odpowiada mojej wizji dekadenckiej i odchodzącej w niepamięć Wenecji. Z drugiej strony, maleńka, jasno oświetlona witryna, moje „punktum” zachowuje szczegóły w światłach. Czas ustawia się automatycznie, 1/500 gwarantuje mi, że zdjęcie nie będzie poruszone. Elektroniczny wizjer jeszcze zanim wyzwolę migawkę wyświetla moją fotografię. Technologia daje mi ogromny komfort.

Klick i mam… zabieram mój plac św. Marka do domu. Nie sprawdzam, wszak przed chwilą widziałem moją fotografię …

Jest 6.57, czas na poranne espresso 🙂

Paweł Kosicki