Będąc od kilku dni w podróży, najpierw na Wyspach Owczych,  potem w krainie ognia i lodu przywykliśmy do tego, że w maju na Islandii noc w ogóle nie nadchodzi. Najbliższa jednak zapowiadała się zgoła inaczej. Nadciągający sztorm niespodziewanie wyłączył codzienny, świetlny spektakl, który towarzyszył nam przez ostatnie dni. Opuszczaliśmy właśnie długi, wąski most nad zatoką, kiedy postanowiłem sfotografować tamten moment. Przy zapadających ciemnościach rodem z Mordoru i huraganowym wietrze fotografowanie z ręki nie wchodziło w grę. Z trudem wyszedłem z auta i rozłożyłem statyw. Ciałem osłoniłem go od wiatru, jednocześnie mocno przyciskając do ziemi. Dokręciłem wężyk i kliknąłem kilka razy. W oddali majaczyły światła nielicznych samochodów. Nagle, z ciemności, wyłonił się ciemny pickup, a kierowca widząc, że nie zdajemy sobie sprawy z zagrożenia i fotografujemy w najlepsze, zatrzymał się na moment, radząc byśmy jak najszybciej opuścili wybrzeże, i w razie niebezpieczeństwa dzwonili z prośbą o pomoc. Owym tajemniczym mężczyzną był Robert Thor z uniwersytetu w Reykjaviku, który zostawił nam swoją wizytówkę. Trzymam ją w moim podróżniczym pudełku do dziś.
Jechaliśmy jeszcze ze dwie, może trzy godziny opuszczając huraganowe epicentrum. Pomimo, że wciąż niemiłosiernie wiało, a deszcz zacinał poziomo, w końcu zmęczeni zatrzymaliśmy się i przy światłach samochodu rozbiliśmy namioty. Jeszcze tylko łyk szkockiej, krótka opowieść Ani o islandzkich elfach i przy dźwiękach uderzających o namiot ogromnych kropel deszczu usnęliśmy błogim snem. Rankiem, kiedy wyczołgałem się z ciasnego namiotu, moim oczom ukazał się niezapomniany widok. Tamtej deszczowej nocy spaliśmy na bezkresnym polu zastygniętej, wulkanicznej lawy…