Jechałem kolejką S-bahn na wschód Berlina w kierunku dzielnicy Kreuzberg. To bardzo kolorowa część Miasta zamieszkała głównie przez Turków. Było późno i słońce chyliło się już nisko. Pozostała pewnie godzina i kilkanaście minut do końca dnia. To najlepszy czas dla fotografa. Na tym odcinku kolejka jedzie wysokim wiaduktem. Przez tłum podróżnych, na skraju wagonu ujrzałem widok, który mnie absolutnie zachwycił. Cudowne złote słońce muskające srebrne tory, wpadające prosto do wagonu tworzyło wizualny spektakl. Niestety nie jest łatwym nasze wyobrażenie zatrzymać w kadrze.

Wysiadam więc na najbliższej stacji z myślą, by powrócić i jeszcze raz ujrzeć ten widok, tym razem z zamiarem zapisania go wewnątrz mojego aparatu. Czas ucieka. Krętymi tunelami biegnę na drugą stronę peronu i ruszam z powrotem. Jadę chyba z 5 stacji i ponownie po przebiegnięciu schodami w górę i dół jestem po właściwej stronie peronu. Trzy minuty oczekiwania dłużą się niemiłosiernie. W końcu jest. Żółte wagoniki wyłaniają się ze snopu ostrego światła. Mając już doświadczenie biegnę do ostatniego wagonu i wsiadam na sam koniec, by przez okno motorniczego ujrzeć raz jeszcze świat, który niecały kwadrans temu tak bardzo mnie zachwycił. Okno pokryte jest barwną, nieco przyciemnioną folią. Jej różowa dominanta, jak później się okaże, nada mojej fotografii metafizyczny „look”. Mimo, że słońce wpada wprost do obiektywu ustawiam ISO na 400. Zawsze lepiej mieć niewielki zapas powtarzam sprawdzona maksymę. Migawka elektroniczna mojego X-Pro2 z jej 1/32000 gwarantuje poprawną ekspozycję nawet przy maksymalnie otwartej przysłonie. Zakładam ulubioną XF 35-tkę, przysłonę ustawiam na f2,8 co gwarantuje mi niewielką głębię ostrości i odrobinę poprawi kontrast. Kolejka rusza i wije się wiaduktem wzdłuż tonącej w słońcu barwnej dzielnicy. Próbuję złapać odpowiedni moment, kiedy światło łamie się na krawędziach wiaduktu. Nim zdążę zrobić kilkanaście zdjęć dojeżdżam do stacji Schlesisches Tor, gdzie nastrój ginie w cieniu okalających budynków. Czuję niedosyt i brak pewności, czy mam to na czym mi tak zależało. Wybiegam więc z wagonu i nie sprawdzając zawartości karty postanawiam pojechać raz jeszcze. I znów peron, kilka stacji na zachód by ponownie wsiąść do ostatniego wagonu i wyruszyć na wschód, tropem zachodzącego słońca. Światło powoli gaśnie, ale dopóki istnieje szansa, nie odpuszczam. Jadę wiec drugi raz, potem jeszcze trzeci. W sumie zrobiłem około trzydziestu fotografii i tyleż samo kilometrów. Niewiele trzeba by spełniać marzenia. Zmęczony odczuwam ogromną satysfakcję.

Jak często zdarza się w życiu fotografa, kiedy już myślałem, że dzień jest poza mną, że nie zrobię już niczego interesującego, wracając do domu, na stacji Görlitzer, w ostatnich promieniach słońca, pojawia się coś niezaplanowanego.

Dworcowy zegar wskazywał 4 minuty do czasu przyjazdu mojego pociągu. Siadam na ławce, tuż obok dziewczyny w typie Woodego Allena, intelektualistki w okularach z bukietem kwiatów w dłoniach, którymi najpewniej obdarowana została przez swego chłopaka. Tym razem czułość ustawiam na 200, a przysłonę otwieram maksymalnie na f2,0 chcąc zapewnić sobie „kinową plastykę”. Moja nieznajoma łapie ostatnie promienie słońca, stukając jedną ręką po ekranie swojego smartfona, drugą kołysząc subtelnie wspomniany wcześniej bukiet kwiatów. Przez białe, cienkie jak papirus liście przebija ostre światło. Ręcznie ustawiam ostrość. Robię tak zresztą prawie zawsze, kiedy maksymalnie otwieram przysłonę. Przełączam wizjer na ekran lcd i niezauważony fotografuję. Tłum przechodniów pojawiający się na peronie wypełnia tło mojej fotografii co rusz to nowymi obrazami. Robię kolejne zdjęcia mając nadzieję, na kadr idealny. W pewnym momencie, na peronie pojawia się cyklista ze swoją, smukłą, elegancką kolarką. Oto idealne dopełnienie, oto dokładnie mi chodziło! Klikam dwa razy, potem trzeci, lecz nieoczekiwanie na peron wjeżdża przed czasem kolejny pociąg. Szkoda, że tak wcześnie, to już koniec, myślę odrobinę rozczarowany…

Nieoczekiwanie, zanim jeszcze wskoczyłem do wagonu, moja nieznajoma pyta mnie czy przypadkiem nie robiłem zdjęć? Hmm, pomimo zachowania dyskrecji zauważyła mój aparat, myślę nieco skonfundowany.

– Tak, przyznaję, robiłem, ale Ciebie na nich nie ma, bez obaw, uśmiecham się i w ostatniej chwili wręczam wizytówkę.

Nazajutrz rano budzi mnie telefon, sygnalizując nadejście internetowej poczty.

Na imię mam Toto Le. Wczoraj na stacji Görlitzer Bahnhof fotografowałeś moje kwiaty, które nazywają się „Narcissus poeticus”. Światło było takie piękne w tamtej chwili… Bardzo jestem ciekawa czy udało ci się je sfotografować? Czy mógłbyś przesłać mi choćby kilka zdjęć?

Przesłałem.

Toto była zachwycona! Mój „górniczy trud” został wynagrodzony nie tylko dobrą fotografią, ale co chyba ważniejsze, dobrym słowem :).

Paweł Kosicki