Moment kiedy rozkładam na stole, aparaty i mapę to dla mnie chwila w każdej podróży najbardziej ekscytująca. Tym razem wyruszam do Texasu, do krainy znanej mi z niezliczonych westernów, które, jako nastolatek, oglądałem z wypiekami na twarzy. Jak zawsze w podróż zabieram 2 aparaty i kilka obiektywów. Wszystko jest małe, lekkie i najwyższej jakości. Pakuję więc fujifilm X-Pro2, mój podstawowy, ulubiony aparat, do tego X-T20, który z racji ruchomego ekranu, okaże się później bardzo przydatny. Obiektywy to zawsze stało ogniskowe fujinony; 18, 23, 35 oraz 50 mm, którego używam sporadycznie. Wyznaję zasadę, że trzeba być blisko, a fotografie robione z dystansu, ogromnym teleobiektywem nie satysfakcjonują mnie. W tej kwestii jestem bezkompromisowy. Jeśli nie mogę wystarczająco zbliżyć się do „tematu”, nie robię zdjęć w ogóle. Wszystkie obiektywy o jasności f2,0, idealnie spełniają kompromis pomiędzy wielkością, wagą, a możliwościami optycznymi. Całość, w postaci 2 aparatów i 4 obiektywów waży nieco ponad 2 kg! Mniej znaczy więcej!

Nie zapominam o dodatkowych bateriach, licznych kartach, których nigdy, pomimo sporządzanych kopii, nie kasuję w trakcie wyprawy. Traktuje je jak analogowe filmy. Do plecaka wrzucam jeszcze scyzoryk, czołówkę i piersiówkę, które zawsze mogą się przydać.

***

Jestem już Texasie od ponad tygodnia. Największe wrażenie robią na mnie ogromne przestrzenie, drogi po horyzont, przeszywająca pustka, a ponad tym wszystkim, palące piekielną mocą słońce. Szukam więc ludzi i wydarzeń, pytając w przydrożnych barach i przeczesując Internet podczas postojów, w jakże klasycznych amerykańskich motelach. Rok temu byłem na meczu baseballa na stadionie Jankesów. Tym razem zaplanowałem zobaczyć zawody rodeo, esencję południa Ameryki. Poczuć i „dotknąć” mitu prawdziwego kowboja, który zawsze był mi bliski, to mój cel.

***

Gladwater, niewielkie miasteczko na północy stanu, to dziś wieczorem, na podmiejskiej arenie, odbędzie się jubileuszowy, 80-ty rodeo spektakl, na który czekałem od lat. Jestem przygotowany, jak żołnierz przed decydującym atakiem. W kieszeniach 4 naładowane baterie, zapasowe karty pamięci, przy pasku przytroczony dodatkowy obiektyw i butelka wody.

 

Nie lubię być daleko, wszedłem więc do przylegającej z areną zagrody, gdzie najlepsi z najlepszych przygotowują się do ekscytującej i bardzo niebezpiecznej walki z rozwścieczonym bykiem. Do X-T20 zakładam niewielki obiektyw 18mm, do X-Pro2 dołączam 35mm. Mam więc „szeroki i standard”, parę dla reportera idealną. Nie ma tu szatni, kolczastych barier i ochroniarzy. Nie ma blichtru znanego z piłkarskich stadionów. Nie ma żelu na głowach i parkujących pomarańczowych lamborgini. To sport dla prawdziwych mężczyzn. Na głowie mam, kupiony wcześniej, teksański kapelusz, który pozwala mi na więcej niż moja wymięta legitymacja prasowa.

Zawsze bardziej interesowały mnie kulisy wydarzeń, tak jest i tym razem. Dotykając niemalże lśniących w świetle zachodzącego słońca ostróg, fotografuję kowbojów balansujących pomiędzy rozgrzewką, a czymś, co można by określić medytacją. Dziś sprzyja mi światło. Pozwalający uchylić ekran, niewielki fujifilm X-T20 oraz doskonała optyka świetnie sobie radzą. Fotografuję z różnych perspektyw chcąc być możliwie blisko. Gestem pytam o zgodę i taką otrzymuję. Spiker podkręca atmosferę, na trybunach szał, ja jednak pozostaję w zagrodzie (szatni) delektując się „Dzikim Zachodem”. Widząc mnie w akcji dołącza do mnie lokalny reporter, z którym wymienimy wizytówki. Miejsca jest sporo, nie przeszkadzamy sobie. Zawody dobiegają końca, słońce już dawno schowało się za horyzontem. Na koniec postanawiam zamknąć historię fotografią „akcji”.